Płaskie buty zamiast obcasów (plus kilka innych zasad), które zmieniły moje życie na lepsze

Kiedy myślimy o zmianie swojego życia na lepsze na myśl przychodzą nam wielkie zmiany, zwroty akcji, czarno-białe scenariusze. Ja, tymczasem, przekonałam się, że z pozoru błahe, MAŁE ZMIANY mogą dać WIELKIE EFEKTY. Czasami wcale nie trzeba czynić wielkiej rewolucji, by poprawić jakość swojego życia. Wystarczy kilka prostych (czy wręcz oczywistych, jak teraz myślę😊) trików, aby żyło się nam prościej. We mnie powoli kiełkowała myśl, że ten mega-korpo-fancy- fast świat, trochę mnie wkręca, narzucając niepisane zasady, przez które MIAŁAM MNIEJ CZASU A WIĘCEJ PRACY, PRZY POŻYTKU RÓWNYM ZERO. Taki „biznes” to się nie kalkuluje.
Aby zrzucić ten balast z obolałych Sowich pleców musiałam nieźle nagimnastykować zwoje mózgowe i nadać im nowy kierunek pod tytułem Co mnie to obchodzi. To był żmudny, paroletni proces, który jeszcze się nie zakończył, bo czasami OBCHODZI mnie, choć nie powinno. Staram się, na ile to możliwe, żyć po swojemu, zostawiając oceniające pary oczu(!) za sobą. Jeśli przez pewne sytuacje w życiu czujesz się jak wielbłąd obładowany problemami, to ZRZUĆ TO Z SIEBIE. Powiesz mi, że nie zawsze można, i zgadzam się z tym. Są w naszym życiu ciężkie sytuacje, jak choroba, rozstanie, śmierć; z którymi musimy się zmierzyć. Ale są też takie z którymi mierzymy się na własne życzenie i które zatruwają nam życie, że …ah! 😉. Ja przemianę zaczęłam od tych kilku, mogłoby się wydawać, błahych zmian, a poczułam WIELKĄ ULGĘ.

 

SZPILKI DO UTYLIZACJI
Pierwsze pytanie: kto to w ogóle wymyślił? Czy jakiś nienawidzący kobiet facet z sadystycznymi zapędami? No chyba!
Szpilki zaczęłam nosić jako nastolatka i rozstałam się z nimi na dobre dopiero po dekadzie. Mam co prawda parę szpilek w szafie, ale używam ich bardzo okazjonalnie (na okazje pod tytułem Nie musisz nigdzie chodzić, tylko siedzieć i to nie za długo). Teraz patrzę na nie jak na narzędzie tortur, które wykrzywia stopy, dewastuje łydki, sprawia, że nogi są obolałe a chodnik z kostki jawi się jako tunel treningowy piechoty morskiej. Są dni, w których samo wstanie z łóżka jest wyzwaniem, więc dodawanie sobie dodatkowego bólu czy utrudnienia nie jest wskazane.
Skoro tak tych szpilek nie lubię, po co w ogóle zaczynałam? Bo WYDAWŁO MI SIĘ, że wyglądam lepiej, że nogi mam dłuższe, jest szczuplejsza i ładniejsza, kiedy mam przyczepiony do butów kilku- centymetrowy kołek, który powoduje u mnie dyskomfort.
Początkowo zaczęłam nosić płaskie buty, bo szpilek już fizycznie nie mogłam znieść- moje stopy nie dawały rady, a wrodzony brak koordynacji przybierał na sile. I wybierałam płaskość. I cierpiałam tę płaskość wybierając. Ale stopniowo zaczęłam zdawać sobie sprawę, że kołek przyczepiony do nogi nie sprawi, że będę szczuplejsza, ładniejsza a nogi się wydłużą. To tylko kołek. Tak jak biała peruka francuskiego szlachcica z zamierzchłych czasów albo (o zgrozo!) gorset niegdysiejszych dam- gadżet epoki.
Teraz śmigam w trampkach, adidasach, traperkach- zawsze funkcjonalnych, które mają mi POMAGAĆ w moim dniu, a nie być dodatkowym ciężarem. Przy tym, ofkours😉 mogą wyglądać fajnie, ale funkcjonalność jest zawsze na pierwszym miejscu. MOJE NOGI SĄ WOLNE. Wolne od wymysłów mojej głowy i wolne od modo-wpływu, a przy tym szczęśliwe.

ODPOWIEDZIALNE KUPOWANIE I SZTUKA WYRZUCANIA

Mniej rzeczy to więcej szczęścia. Bo mniej rzeczy to więcej czasu, mniej zmartwień finansowych, więcej przestrzeni a mniej bałaganu. Zdarza Ci się kupować ubrania dla polepszenia nastroju? I co wtedy kupujesz, fajny płaszcz, którego potrzebujesz, czy kolejną bluzkę z niską ceną? Kolejną rzecz, która trafi na dno szafy, zapomniana, ale przecież nie byłą droga.

Dzięki tzw. przemysłowi „szybkiej mody”, zakupy ubrań na poprawę humoru stają się codziennością. Dwie lub trzy dekady temu w kalendarzu modowym mieliśmy najwyżej 4 sezony (częściej były 2). Teraz mamy 52 sezony w roku. Czy to jest normalne- 52 sezony! Korpo świat chce żebyśmy co tydzień kupowali nowe rzeczy. Przymierzali, wyszukiwali, kupowali, wyrzucali, magazynowali, znowu kupowali. Oczywiście w międzyczasie zarabiali, by móc spożytkować w pocie czoła wyharowaną mamonę na tę GÓRĘ RZECZY. Czy są nam potrzebne? 52 sezony- proszę, to chyba żart. Czy dadzą nam szczęście? Serio, chcesz sprzedać swój CZAS (to się chyba liczy, prawda?) za kawałek szmaty we flamingi?

Tak właśnie o myślę o zakupach- za wszystko co kupuje płacę CZASEM- moim, Męża, mojej rodziny. Staram się więc ograniczać ilość kupowanych rzeczy, kupować rzeczy ze względu na ich funkcję a nie przez emocje jakie we mnie budzą. Z całego serca nie cierpię galerii handlowych i kiedy przestałam do nich chodzić zaczęłam czuć się lepiej.

Nie sprawia mi za to problemu KUPOWANIE CZASU- wolę zapłacić komuś za umycie moich okien (o ty leniwa, okropna kobieto!) i spędzić ten czas z rodziną niż kupić sobie kolejną bluzkę czy designerski garnek.
Ograniczam też liczbę rzeczy w swojej przestrzeni. Skończyłam z magazynowaniem strachy ubrań (ubrań kiedyś się jeszcze przydadzą,  ubrań moda wróci), kuchennych gadżetów, kosmetyków. Skończyłam z magazynowaniem w ogóle (wyjątek stanowi spiżarnia- ale to użyteczne, kiedy mieszka się 2 km od najbliższego sklepiku). Teraz bez wzruszenia ramionami wyrzucam lub oddaje nienoszone ubrania i inne nieprzydatne nieprzydtaki😊.

Dla mnie to właśnie BRAK RZECZY, czy też ograniczona ich ilość daje szczęście, a nie DUŻA ILOŚĆ RZECZY. Nie wydaje już kasy, której nie mam na rzeczy, których nie potrzebuję. Nie podkładam do korytka korpo-świnkom. Kupuje dla siebie, to czego naprawdę potrzebuje, co ma spełnić konkretną funkcję, nie pod wpływem emocji a przemyślanej decyzji, z dala od molochów handlowych.

ODŻYWIANIE ZAMIAST DIETY
O mojej walce z „odchudzaniem” opowiadałam Ci już trochę TUTAJ i TUTAJ, przy okazji innych teamtów. W skrócie, zaczynając walkę z dodatkowymi kilogramami kilkanaście lat temu myślałam jedynie o redukcji spożywanych kalorii i szybkim spadku masy. Ostatni posiłek jadłam o godzinie 15:00 (ostatni z dwóch, śniadania i obiadu☹), więc dobrze być po prostu nie mogło. I nie było. Wahania wagi (był czas z ostrą dietą i był czas rekompensaty słodyczowo-tłuszczowej) doprowadziły do napadów objadania się na zmianę z okresami mocnej redukcji spożywanych kalorii. Plus oczywiście trening- dieta kopciuszka, trening strongmena. Dopiero po latach, kiedy to przewartościowałam swoje życie, zaczęłam dbać o swój organizm, dbać naprawdę, czyli szanować go i otaczać troską.

Wymazałam ze swojego słownika terminy takie jak Dieta czy Odchudzanie, zamiast tego dodałam- Odżywanie i Jadłospis. Zaczęłam zawracać większą uwagę na to CO JEM, nie tylko ILE JEM; zaczęłam przestrzegać regularnych pór posiłków (To ja mogę jeść kolację? Naprawdę? Codziennie? No szok!); zrezygnowałam z wysoko przetworzonych produktów typu „włóż do piekarnika i gotowe”.

Zaczęłam PIĆ WODĘ! Kiedyś picie wody ograniczało się do upalnych letnich dni- przez resztę czasu raczyłam się czarną herbatą, kawą, sokami oraz kolorowymi napojami. Cola to było moje uzależnienie. Jeśli w była w domu na stanie- musiałam ją wypić, mimo że nie odczuwałam pragnienia. Po prostu nie mogłam patrzeć jak biedna sama się tam, za lodówką, marnuje. Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez butelki wody (choć nadal preferuję gazowaną, ale to mały grzeszek😊). Jem warzywa, owoce, dużo posiłków spożywam NA CIEPŁO. Od kiedy zaczęłam PRZYKŁADAĆ WAGĘ do tego co jem (a to jest najważniejsze), moje posiłki stały się SMACZNIEJSZE, TAŃSZE, ZDROWSZE.


NO MAKE-UP
W tym punkcie, tak samo w przy poprzednich, chodzi o mniej zachodu a więcej czasu. Chodzi o traktowanie siebie z miłością, samoakceptacje, więcej kasy w portfelu i spokojniejsze śniadania😊. Ale czy nastał dla mnie taki piękny dzień, że w mojej głowie zapaliła się żarówka i powiedziałam do siebie: Akceptuję siebie taką jaka jestem, żaden makijaż nie jest mi potrzebny? No pliiiis bejbe, jasne, że nie. Jaka kobieta tak mówi (wierząc w to) 😉? Moja historia z brakiem makijażu zaczęła się 3 lata temu, kiedy to w wyniku stresujących sytuacji życiowych, zaczęłam mieć problemy skórne i zakaz od dermatologa- żadnego pudru i innych kosmetyków kolorowych. I bach. I bęc. I jak żyć teraz, jak do pracy wychodzić, przecież TO CZŁOWIEK JAKBY GOŁY DO ROBOTY GNAŁ. Tak się właśnie czułam- goła jak pod prysznicem. Bez tej krechy na powiece, smaru na rzęsach i kurzu na policzkach. Więc, jak tylko sytuacja z twarzą się polepszyła, ja mądra myk i maku-up cyk. Oczywiście powoduje to powtórkę z rozrywki, atopia robi powrót na facjatę☹. W końcu składam działa pudrowe, przelewając swą miłość na perfumy (o tej miłości opowiadam Ci TUTAJ). I co…przyzwyczajałam się, powoli, do życia bez makijażu.

Zaakceptowałam sytuację i zaczęłam dostrzegać płynące z niej korzyści- więcej mamony w portfelu, zaoszczędzony czas porannej toalety (a ten jest cenny, nie ma co😊), zaoszczędzony czas na poszukiwania odpowiednich specyfików, DUŻO ŁADNIEJSZA CERA, lżej na duszy.

Początkowo myślałam, że bez makijażu wyglądam gorzej, bez kolorów, marnie. Teraz myślę, że uwolniłam się od kolejnego „gadżetu epoki”, który utrudniał życie, a nie przysparzał korzyści.


JAK TO BĘDZIE WYGLĄDAŁO?
I co będą o mnie myśleć, jak ja taka nieelegancka, nieumalowana, pierogów nie jem a do sprzątania ludzi zatrudniam, zamiast po bożemu tyrać całą sobotę na szmacie w domostwie, żeby w niedziele galerie handlową odwiedzić? To się nie godzi! I dziecku czapeczki nie ubieram, i BLW nie stosuje przy rozszerzaniu diety. I karierę w korporacji przerwałam, żeby na odludziu mieszkać i ogródek uprawiać. Jak tak można?
Kiedyś się przejmowałam, teraz tylko czasami za plecami pojawia się złośliwy diabełek i szepce, że to wstyd, że tak nie można, bo co inni sobie myśleć będą, a co powiedzą (OMG!). Od kiedy urodził się mój Synek jest mi łatwiej w tym temacie. Uczę się nie przejmować opinią innych, bo inni za mnie życia nie przeżyją. A im bardziej się nie przejmuje, tym bardziej świadomie wybieram,  i tym większą CZUJĘ ULGĘ😊

 

 

About

No Comments

Leave a Comment